Tarifa, Tanger, tażin i Tychy
Jeśli w trakcie naszych wakacyjnych wędrówek po słonecznym wybrzeżu Hiszpanii trafimy w okolicę Gibraltaru, gdzie w lipcu 1943 roku zginął w – jak się teraz okazuje – niewyjaśnionych okolicznościach generał Sikorski, to oczywiście musimy zobaczyć to przedziwne lotnisko, z którego wystartował jego samolot, który rozbił się krótko po starcie. Lotnisko jest dziwaczne, bo składa się z jednego tylko pasa startowego, który na dodatek przecięty jest w połowie jedyną prowadzącą do Gibraltaru drogą. Dlatego na czas startu i lądowania opuszczane są szlabany i trzeba odczekać aż samolot bezpiecznie skorzysta z pasa startowego, co na pewno wymaga nie lada umiejętności od pilota, bo dookoła tylko skały i morze.
Cała reszta Gibraltaru z hiszpańsko-brytyjską granicą – bo Gibraltar to terytorium zależne od Wielkiej Brytanii, koniecznością wymiany euro na funty, samochodami jeżdżącymi w ruchu lewostronnym, mnóstwem wolnocłowych sklepów i jedyną w Europie kolonią dzikich małp zamieszkujących las na szczycie gibraltarskiej skały – wydaje się mało ciekawa w porównaniu z tym, co możemy zobaczyć, jeśli wcześnie rano następnego dnia pojedziemy do pobliskiej Tarify, żeby stamtąd popłynąć promem do odległej o około 30 km Afryki.
Z Tarify prom zawiezie nas w niecałą godzinę do marokańskiego miasta Tanger i niby nic wielkiego to nie znaczy, ale w rzeczywistości jest to prawdziwa podróż do innego świata.
Z kulinarnego punktu widzenia przeżycie jest zupełnie niezwykłe, i gdyby zorganizować taką wycieczkę do Tangeru dla pracowników powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych (potocznie: sanepid), to po godzinie od przybicia do brzegu zobaczylibyśmy pewnie jak w popłochu, krzycząc i wymachując rękami biegną tupiąc po drewnianym nabrzeżu w kierunku promu, żeby zabrał je z powrotem do Europy.
Upiorny upał! Żadnego HACCP! Ani śladu Dobrej Praktyki Higienicznej. Szczątkowe urządzenia chłodnicze, w których surowe mięso leży zaraz koło sałatek i gotowych dań. Wszystko postawione na głowie, a jednak żyje w tym mieście 670 tysięcy ludzi i nie słychać doniesień o masowych zatruciach pokarmowych. Bo człowiek jest mocny i w każdych warunkach potrafi znaleźć jakieś rozwiązanie. Jednym z nich jest na pewno używanie dużej ilości wszelkiego rodzaju przypraw, których na starym targu w centrum miasta, gdzie ludzie ubrani są jakby byli żywcem przeniesieni ze średniowiecza, jest pełny wybór. Większości oczywiście nie znamy, dlatego warto skorzystać z podpowiedzi zawartej w mieszance o nazwie Ras el hanout. Po arabsku znaczy to: najlepsze zioła sklepikarza, a Anglicy mówią na tę mieszankę Top of the shop. Warto kupić jedną torebkę, by gotując później samemu – w domu marokańskie danie (na przykład tażin), po raz pierwszy uzyskać oryginalny smak. Potem można już robić swoją mieszankę albo kupować Ras el hanout, dalej pamiętając, że nigdy nie będzie taka sama, bo każda firma i każdy sklepikarz ma ambicje robić ją nieco inaczej. Podobno dociekliwi Amerykanie poddawszy badaniom próbkę mieszanki, wykryli w niej aż 26 suszonych i zmielonych składników.
Na pewno sprzyja też zdrowiu żołądków Marokańczyków namiętne picie miętowej herbaty. Mężczyźni, bo tylko oni siedzą w knajpach, piją ją parzoną z całych pędów świeżej mięty po prostu wsadzonych do szklanki i zalanych wrzątkiem. Wygląda to dziwnie, ale ponieważ wszyscy ją piją, to po namyśle sami też próbujemy i okazuje się, że herbata jest bardzo aromatyczna i niestety obrzydliwie słodka, bo barman bez zbędnych ceregieli słodzi każdą, wrzucając do niej trzy kopiate łyżeczki cukru. Taki jest Marokańczyków sposób na upał.
Kobiet w burkach widać już mało, ale zdziwienie Europejczyka wzbudzi na pewno ogromna ilość zakładów fryzjerskich, a wszystkie tylko dla mężczyzn. Panowie golą się i strzygą prawie na ulicy, panie niestety muszą dbać o siebie w zaciszu domowego ogniska, bo nie wolno im publicznie obnażać głowy. Za to na rękach i stopach, które jako jedyne mogą być odsłonięte, często mają zrobione henną misterne malunki.
A wszystko to dzieje się w miejscu, które przez starożytnych Greków określane było jako „zachodnie krańce świata”. W istocie stanowiło ono najbardziej wysunięte w stronę Oceanu Atlantyckiego rubieże. Pogoda zawsze była tu piękna i właśnie tu historycy umieszczają biblijny Eden i „sad Hesperyd”, o którym we fraszce „Na lipę” pisał nasz mistrz Kochanowski. Według mitu, w sadzie Hesperyd, nimf i córek Atlasa, rosły złote jabłka, a strzegł ich smok Ladon. Miał sto głów, z których ział ogniem, ale i tak pokonał go Atlas wysłany tu przez Herkulesa właśnie po te drogocenne jabłka, które w darze weselnym złożyła później Zeusowi i Herze bogini Gaja. Legenda głosi, że przepiękne smocze drzewa (Dracaena drago) rosnące w okolicy, których wiek ocenia się nawet na tysiąc lat, wyrosły właśnie z kropel krwi smoka Ladona rozpryśniętej po sadzie Hesperyd.
I jakież jest nasze zdziwienie, kiedy po powrocie do domu, w trakcie banalnej wizyty na tyskiej giełdzie kwiatowej spotykamy pasjonata dziwnych egzotycznych roślin, pana Leszka Wolskiego z Pszowa, u którego można kupić piękne sadzonki smoczych drzew, podobno wyhodowane z nasion zebranych na Teneryfie pod jednym z takich gigantycznie starych i wielkich smoczych drzew.
Tekst ten został opublikowany w Gazecie Wyborczej jako felieton „O dobrym jedzeniu”, a przepis na tażin znajdziecie Państwo w zakładce "Smaczne rekomendacje Mensy".